Wiktoria Skuzińska

Jeszcze raz gratuluję – zagrałaś znakomity mecz z Olsztynem!

– Dzięki, ale w koszykówkę nie gra się samemu… Siedem dziewczyn miało eval powyżej dziesięciu, zagrałyśmy dobrze jako zespół. Ja może zagrałam lepiej niż zwykle, bo dostałam dobry sygnał, dowód zaufania ze strony trenera – weszłam w pierwszej piątce. To dodaje skrzydeł, weszłam na parkiet z zupełnie innym nastawieniem, niż z ławki.

Od początku garnęłaś się do koszykówki?

– Zanim trafiłam na koszykarskie SKS-y, spędzałam sporo czasu na pływalni, miałam treningi trzy razy w tygodniu, startowałam w zawodach pływackich i dobrze się z tym czułam. Miałam wsparcie rodziny, wtedy trenowałam z bratem, ale wcześniej mój tata amatorsko zajmował się kulturystyką, bracia grali w siatkówkę i wybór klasy sportowej był dla mnie naturalny. Finalnie tylko ja wytrwałam w sporcie dłużej – omijały mnie na szczęście kontuzję, co też nie było bez znaczenia.

Od początku jakoś tak się składało, że w koszykówce miałaś „pod górkę”…

– Potem też nie było łatwo! Na początku nie byłam wysoka, co nie ułatwiało sprawy, wystrzeliłam ze wzrostem dopiero w gimnazjum. W ciągu jednych wakacji przybyło mi około 10 centymetrów, mama była przerażona, a ja… nawet nie zwróciłam uwagi, że ze stu sześćdziesięciu zrobiło się nagle ponad sto siedemdziesiąt centymetrów.

Świetne wakacje! Zostałaś gwiazdą?

– To był początek gimnazjum i właśnie wtedy mój rocznik zaczął się „sypać”, pomału brakowało dziewczyn do grania. Trener Piotr Dąbrowski zobaczył przypadkiem mojego brata, który ma 195 centymetrów wzrostu, tata też nie jest niski – 192 cm i stwierdził, że jest dla mnie szansa. Zapytał mojego ówczesnego trenera, Bartka Orzechowskiego, dlaczego nie gram…

No właśnie – dlaczego nie grałaś?

– To złożony temat… Byliśmy trudną klasą, nie umiałam się przebić. Nie chciałam jeździć na obozy sportowe, nie zawiązałam żadnej przyjaźni z dziewczynami z rocznika – na pierwszy obóz pojechałam dopiero przed pierwszą klasą gimnazjum i dopiero wtedy poczułam, że chyba chcę grać, że mam jakiś potencjał. Pomogło na pewno to, że ktoś mnie zauważył i chciał mi dać szansę – zaczęłam trochę więcej grać i punktować. Niestety później wciąż byłam najmłodsza w składzie i głównie grzałam ławę.

Z czasem wylądowałaś w składzie Uniwersytetu Warszawskiego…

– Klub miał wtedy umowę szkoleniową z UW, trenerowi Gordonowi brakowało chyba wysokich w składzie. Trener Dąbrowski namawiał mnie na grę i trenowanie z nimi na stałe. Miałam tam naprawdę dobre treningi i solidne przygotowanie, ale… nadal nie grałam. Uniwersytet miał mocny skład, dziewczyny z charakterem i pewnie gdyby nie wsparcie Oli Szostakiewicz, to bym zrezygnowała. Wchodziłyśmy głównie w końcówkach „rozstrzygniętych” spotkań, bo byłyśmy „nieograne” – ale gdzie miałyśmy się ograć?

Odpuściłaś?

– Tak. Przez rok grałam tylko w rozgrywkach akademickich, potem trafiłam do AKS Zły. Poleciła mnie Agnieszka Spangenberg, którą zaabsorbowały sprawy rodzinne. Postanowiłam spróbować – początek był fajny, podobało mi się, ale chwilę potem zmarł mój dziadek, z którym czułam się bardzo związana, zajęłam się babcią, odsunęłam się od zespołu, nie złapałyśmy później kontaktu. Dostawałam minuty, dużo grałam, z czasem zaczęłam wchodzić w pierwszej piątce. Pomogła mi też gra w AMP-ach, bez wielkiej presji.

Źle znosisz presję?

– Zależy z czyjej strony… Krzyki trenera Dąbrowskiego zazwyczaj działały na mnie motywująco, to nie było wyładowywanie złych emocji, tylko próba mobilizacji z jego strony. Chyba zawsze odbierałam tak jego intencje… No dobra – raz, po meczu z Żyrardowem bałam się przyjść na trening. Mieli tam niewysoką zawodniczkę, która mnie zastawiała – i to skutecznie, bo przy takiej różnicy wzrostu to jest paradoksalnie łatwe. Usłyszałam wtedy, że jeśli jeszcze raz mnie zastawi, to on mnie wywali z klubu i nie pozwoli trenować. Uwierzyłam…

Powrót do Huraganu musiał być ciekawym doświadczeniem…

– Wszyscy się zmieniamy, do zespołu doszły nowe zawodniczki, ale… to powrót do domu. Nawet dziewczyny, które zaczynały w innych klubach znam z boiska, a to ułatwia sprawę. Miejsce, otoczenie jest wprawdzie od lat „oswojone”, ale miałam trochę obaw – bałam się o komunikację w zespole. Na szczęście bardzo się myliłam, nie ma z tym problemów. Nawet jeśli coś zaiskrzy na treningu czy na meczu, to przegadamy to w szatni!