Piotr Dąbrowski – 27 lat na trenerskiej ławce

Właściwie powinienem zatytułować ten wywiad „Moja pierwsza praca” 😉 Od jak dawna jesteś związany z wołomińskim basketem??

– 27 lat… Od września 1994 roku jestem w Wołominie. Pierwsza pensja – pięć milionów! Teraz to oczywiście brzmi abstrakcyjnie, ale przed denominacją takie były wynagrodzenia.

Zacznijmy jednak nieco wcześniej – gdyby zajrzeć w twoje CV, to wyglądasz początkowo jak… jakiś trener z przypadku. Byłeś kajakarzem?

– Pochodzę z Tomaszowa, do osiemnastego roku życia pływałem na kanadyjkach, studiowałem wychowanie fizyczne na warszawskim AWF. W końcówce mojej kajakarskiej przygody zobaczyłem, jak Litwin Arvydas Sabonis z Žalgiris Kowno zapakował piłkę do kosza i strasznie mi się koszykówka spodobała… Na trzecim roku studiów trzeba było wybrać specjalizację i wybrałem koszykówkę i… kajakarstwo, zdałem obydwa egzaminy trenerskie.

Zawodnikiem jednak nigdy nie byłeś?

– W koszykówkę grałem jedynie w ligach amatorskich – choćby w Warszawskim Nurcie Basketu Amatorskiego. W drużynie AZS się nie przebiłem, tam była masa dużo bardziej doświadczonych zawodników, więc po pierwszym roku odpuściłem.

Skąd wziąłeś się w Wołominie?

– Grała tu wtedy w drugiej lidze Gosia Zaroń, dziś trenerka AZS UW, moja koleżanka ze studiów. Zaproponowała swojemu ówczesnemu trenerowi, Markowi Plewko, żeby mnie ściągnął jako drugiego trenera. Wiedziała, że chodzę na mecze, że przyglądam się nie tylko temu, co się dzieje na boisku, ale w wolnym czasie podglądam pracę trenerów na treningach moich przyjaciół. Zacząłem pracę i… po chwili zostałem sam, na szczęście szybko pojawił się Jacek Kubicki. Pracowałem też jako wuefista w „piątce”, ale z niesportowymi klasami. Po roku Ryszard Zahn zaproponował mi zorganizowanie sobie klasy sportowej z rocznika ’85 – i to był chyba najwyższy rocznik w mojej karierze: Magda Dąbrowska (teraz Mućka), Karolina Brzozowa, Ewelina Kapica,  Ania Mizera, Ula Wolszczak, Aneta Załęska. Chyba uznano, że jestem za młody to takiej „rokującej” młodzieży i dostałem rocznik ’86 – Kamila Bąk (Wójcik), Ania Motyka, Maja Mańkowska. Bardzo ciekawy rocznik, zdobyłem z nimi swój pierwszy medal. Potem już poleciało…

Z seniorkami w Wołominie bywało różnie…

– Miewaliśmy zespoły seniorskie, ale to zależało od dziewczyn – jeśli skład się utrzymał w szkole średniej, to było z czego złożyć zespół przy współpracy z UW, ale pierwszej ligi nie miałem jeszcze przyjemności prowadzić. To wielki sukces naszych dziewcząt – w tym trenerki Kamili Wójcik.

Wolisz pracę z dziećmi czy z seniorkami?

– Trudne pytanie… Najbardziej chyba lubię pracę z młodzieżą, kiedy dziewczyny już mają opanowane podstawy techniczne, chcą grać, są zaangażowane i łatwiej się wtedy dogadujemy na treningach i meczach. Ale wiesz… kocham tę robotę, inaczej nie byłbym w stanie spędzać 11-12 godzin na parkiecie. Nie ma nic bardziej satysfakcjonującego niż powołanie do Kadry Polski wychowanki, z którą zaczynałeś pracę gdy była nieporadnym, napalonym na basket dzieciakiem.

Masz już imponujący staż i musimy wrócić do wielokrotnie już cytowanej dykteryjki z Ryszardem Zahnem w roli głównej…

– O tak! W pierwszym czy drugim roku pracy z dziewczętami chciałem prezesowi pokazać jakieś sprytne dziecko, a on spojrzał tylko i mówi: wiem, trenowałem jej matkę. Szok! Byłem jeszcze szczeniakiem i nie mieściła mi się w głowie taka sytuacja. Minęło parę lat, pan Ryszard wciąż w formie i pewnie jako trener dawałby radę, a ja… trenuję córki swoich wychowanek – choćby Zosię Mućkę.

Od tamtej pory marzyło mi się, żeby na hali zawisła choć jedna mistrzowska flaga i żeby kiedyś jakaś mama powiedziała na pierwszym treningu córce: Widzisz ją? To mamusia ją zdobyła!

I to się dzieje…

Któryś rocznik wspominasz szczególnie ciepło?

– Na pewno nasze złote juniorki, ’95 – ’96. „Trzy żądła” – Monika Radomska, Sylwia Bujniak, Karolina Poboży, „cichy zabójca” – Natalia Panufnik, która w finałowym meczu w ciągu dwóch kwart rzuciła 16 oczek i skręciłą nogę. Radomska, Bujniak i Poboży były jakiś czas potem w reprezentacji. ¼ składu z Wołomina!

Zmieniłeś się jako trener?

– Oczywiście! Kiedyś na przykład uważałem, że łatwiej trafić do kosza z bliska, niż z daleka – i unikałem rzutów za 3, a teraz już młodziutkim zawodniczkom mówię: Masz czystą pozycję? Rzucaj! Najwyżej nie wpadnie… Robiłem kiedyś idiotyczne rzeczy – brałem czas na meczu i kazałem dziewczynom robić pompki. Raczej to ich nie motywowało… no, może trochę pobudziło.

Dziś łatwiej jest zdobyć trenerską wiedzę, wystarczy poszukać w internecie – moje pokolenie musiało to wszystko podpatrzeć, wymyślić, wyciągnąć wnioski z własnych błędów. Chyba udało mi się rozwinąć i jakoś zrównoważyć pewne braki, choć… wciąż nie bardzo umiem rozmawiać z rodzicami. Na szczęście do ekipy dołączyła Iga Firszt, która radzi sobie z tym znakomicie!

Jak widzisz przyszłość klubu?

– Pewnie nie będzie łatwo… Już widać braki spowodowane likwidacją klas sportowych w wołomińskich szkołach, odczujemy je dotkliwie za kilka lat. Zawsze bazowaliśmy na wychowankach, nie kupowaliśmy zawodniczek – ani tego nie potrzebowaliśmy, ani nie było nas na to stać, ale jeśli nie ma szerokiej podstawy piramidy szkoleniowej, to w wieku seniorskim składu nie będzie, już w juniorkach będzie ciężko. Martwi mnie malejące zainteresowanie naborami do szkoły sportowej – dzieci w klasie sportowej uczą się naprawdę dobrze, wystarczy zobaczyć wyniki egzaminów! Przecież my tam wybieramy dzieci pod względem kryteriów fizycznych, a one mają znakomite wyniki w nauce: w zeszłym roku średnia w powiecie to 65 punktów, a ósma sportowa miała ich 82. To nie jest tak, że treningi i rozgrywki odciągają od nauki!

Jesteś po dwóch sparingach przed sezonem seniorskim – jak wrażenia?

– Miło popatrzeć, jak te dziewczyny walczą! Bałem się trochę tego sezonu, bo w poprzednim mieliśmy w składzie wychowanki z wyjątkiem Karoliny Cimoch. Było dość hermetycznie, obawiałem się o to, jak zespół przyjmie nowe koleżanki, ale wygląda na to, że jest dobrze. To mądre dzieciaki i wiedzą, że albo otworzymy się na zmiany, albo… nie gramy.